Nowy numer 42/2019 Archiwum

Zrobiłam krok, a On mnie uwolnił

„Panie Jezu, jeśli chcesz, żebym poszła do zakonu, to pójdę, ale lepiej, żebyś tego nie chciał!” – modliła się, gdy zbliżał się czas podjęcia ostatecznej decyzji. Odsuwała ją w nieskończoność, ale Bóg upomniał się o nią i gdy przyszedł właściwy moment, zaprowadził do małego klasztoru na peryferiach Krakowa. Tu odnalazła szczęście.

To była długa droga. Pamiętam chwilę, kiedy zrozumiałam, że niepokój, który mnie wciąż nurtował, jest głosem Pana Boga. I ten moment, kiedy powiedziałam Mu „tak”. To był krok w światło. Wiedziałam, że idę w stronę miłości. Z drugiej strony był to też krok w nieznane, bo szłam w ciemno, nie wiedziałam, dokąd – rozpoczyna swoją opowieść s. Judyta Katarzyna Woźniak w małej rozmównicy klasztornej. Nie ma tu kraty klauzury. Jest tylko stół: długi, wąski, przecinający pokój na połowy, do których prowadzą dwie pary drzwi – od strony odwiedzających i od strony mniszek. Siostry mówią, że ten stół jest jak klauzura – nie dzieli, ale łączy.

Powołanie nie z internetu

Siostra Judyta wychowała się w parafii prowadzonej przez braci kapucynów i duchowość franciszkańska była powietrzem, którym oddychała codziennie. W internecie znalazła Regułę św. Klary. Zachwyciła się. Idealny wydawał się zakon, który łączy kapucyńską reformę z wrażliwością duchowej siostry św. Franciszka z Asyżu. Ale czy taki w ogóle istnieje? – Wpisałam w Google: „klaryski kapucynki” i jako pierwsza wyskoczyła strona internetowa naszego klasztoru – opowiada ze śmiechem. Wysłała e-mail. Odpowiedź sióstr wywołała w młodej dziewczynie euforię. Rozpoczynała piąty rok studiów i nie wiedziała, że siostry wymagają roku kandydatury przed przyjęciem do wspólnoty. Był więc czas na dokończenie studiów i regularne odwiedziny w klasztorze. – Nie jest łatwo tu dotrzeć, bo mieszkamy na obrzeżach Krakowa, ale gdy po raz pierwszy znalazłam się na tej ulicy, miałam poczucie, jakbym wracała do domu – opisuje. Pamięta pierwsze spotkanie ze wspólnotą. Zobaczyła siostry, z których większość to właściwie jej rówieśniczki. – To były normalne kobiety, młode, uśmiechnięte, pełne życia i radości. Byłam u siebie – wspomina.

Był mocniejszy niż moje wyobrażenia

– Wywodzę się z oazy. Dzięki formacji, jaką tam otrzymałam, wyrosłam w przekonaniu, że Pan Bóg ma dla mnie plan, a ja chcę go wypełnić, bo wiem, że to jest plan pełen miłości – mówi mniszka. Jak większość dziewcząt marzyła o założeniu rodziny, przeżywała pierwsze zakochania. – Długo się modliłam: „Panie Jezu, nie wiem, czego ode mnie chcesz. Jeśli chcesz, żebym założyła rodzinę, to ja tego też chcę. Jeśli chcesz, żeby to było życie zakonne, jestem na to otwarta” – opowiada. Im było bliżej matury i konieczności podjęcia decyzji, tym trudniejsza wydawała się ta modlitwa. Wtedy brzmiała już inaczej. „Panie Jezu, jeśli chcesz, żebym poszła do zakonu, to pójdę, ale lepiej, żebyś tego nie chciał!” – prosiła. Czego się bała? – Myślałam, że siostry zakonne to są osoby głęboko nieszczęśliwe, że ich życie polega na ciągłych umartwieniach i udrękach. Nie chciałam tego dla siebie – wyjaśnia. Może dlatego odsuwała podjęcie decyzji. Poszła na studia, miała pracę, która ją pasjonowała. Była wychowawczynią w świetlicy środowiskowej, z fajnymi dziećmi. Myślała, że to jest jej miejsce. Czuła się dobrze i odsuwała głos, który wzywał do czegoś innego. Ale Pan Bóg stwarza okoliczności. Młoda kobieta zrezygnowała z jednej pracy, miała umówioną inną, z której nic nie wyszło. W końcu wyjechała na miesiąc za granicę. Nazywa ten czas pustynią. – Nie znałam języka, pracowałam fizycznie, nie miałam kontaktu z rodziną i przyjaciółmi – opisuje krótko. Miała za to dużo wolnego czasu i sporo się modliła. W końcu dotarło do niej, że Pan Bóg nadal się o nią upomina. – Był mocniejszy niż moje wyobrażenia. Zrobiłam krok w Jego stronę, a On uwolnił mnie od lęku – wspomina.

Brzydkich nie przyjmujemy!

W krakowskiej wspólnocie klarysek kapucynek jest od 12 lat. Mieszka tu 10 sióstr. Średnia wieku to trochę ponad 40 lat. Tu Judyta odkryła i doceniła swoją kobiecość. – To nie tak, że habit ukrywa piękno kobiety. Uważam, że je podkreśla – twierdzi. W zakonie nauczyła się wrażliwości i delikatności. – Każda z nas ma swój temperament, nasze relacje nie zawsze są łatwe, ale to właśnie we wspólnocie uczę się empatii i otwarcia, czułości i łagodności. Tutaj też odkrywam dar macierzyństwa – opowiada. Było wiele takich spotkań, kiedy widząc, jak rodzi się w kimś nowe życie i wiara, siostra Judyta czuła się matką i jeszcze silniej doświadczała, że jest kobietą. Często zdarzało się, że obcy ludzie, zwłaszcza mężczyźni, zaczepiali ją ze słowami: „Taka ładna, co ty robisz w zakonie?”. – Nauczyłam się odpowiadać: „Brzydkich nie przyjmujemy!” – śmieje się siostra. Nawet jej mama początkowo się nie chwaliła, że ma córkę zakonnicę, bo jej koleżanki reagowały zdziwieniem: „Co się stało? Pewnie nieszczęśliwie zakochana?”. Niedoścignionym wzorem kobiecości jest dla Judyty św. Klara. Była odważna, nowoczesna i wyprzedzała swoją epokę. Żyła w świecie rządzonym przez mężczyzn, ale nie bała się łamania schematów. To pierwsza kobieta, która napisała regułę dla innych kobiet. Reguła ta została zatwierdzona przez papieża i od ponad 800 lat żyją nią kobiety w różnych częściach świata. Do tego potrzebny był upór i wytrwałość. – Kiedy porównujemy dokumenty pisane w tamtych czasach przez mężczyzn z tym, co wyszło spod pióra Klary, to są to dwie różne rzeczywistości. Ona daje wiele wolności, traktuje siostry jako odpowiedzialne, dorosłe kobiety, które mogą rozeznawać i same decydować. W męskich regułach wszystko było wyznaczone w szczegółach, tak jakby chodziło o dzieci, którym trzeba mówić, co mają robić – uważa.

Co z tym ubóstwem?

Kiedyś normą było to, że klasztor żeński ma posiadłości, z których żyje. Siostry musiały mieć zabezpieczenie bytu i prawo je do tego zmuszało. Klara przez lata walczyła i wywalczyła pozwolenie od papieża, by mniszki mogły żyć bez własności. – To dla mnie ciągle wyrzut i znak zapytania, jak przeżywać ubóstwo – przyznaje siostra Judyta. Od dwóch lat jest ekonomką i zajmuje się zarządzaniem klasztornymi funduszami. – Jestem odpowiedzialna za to, żeby wystarczyło na rachunki i wszystkie nasze potrzeby – opowiada. Czasami „jadą na rezerwie”, bo pieniędzy brakuje. Mniszki doświadczają tego, co większość polskich rodzin, które żyją od pierwszego do pierwszego, ale wiedzą o tym, że Pan troszczy się o ich potrzeby. Nie mają swoich pieniędzy. Ich ubóstwo polega na tym, by odpowiedzialnie korzystać ze skromnych zasobów wspólnoty. – Mogę je wykorzystać, ale mogę też sobie ich odmówić – tłumaczy ekonomka. Jest też ubóstwo kontaktu, ubóstwo przestrzeni. Klauzura jest ubóstwem.

A do obiadu – „Gość Niedzielny”

Większość dnia siostry spędzają w milczeniu. Mieszkają oddzielnie, każda ma swoją celę. Jest dużo czasu na modlitwę indywidualną, ale także sporo okazji do spotkań: wspólne modlitwy, posiłki, praca. Wstają o 5.00, bo o 5.30 zaczyna się pierwsza godzina medytacji. Po Mszy i śniadaniu zajmują się domem, bo trzeba posprzątać, ugotować, wyprać. Mają ogród, który w sezonie pochłania mnóstwo czasu i energii. Z warzyw i owoców powstają przetwory, z ziół – herbatki. Siostry haftują szaty liturgiczne, bieliznę kielichową, ale też np. sztandary. Zajmują się zdobieniem świec na różne okazje. Jedna z mniszek pisze ikony i maluje obrazy. Obiad jedzą wspólnie, ale w milczeniu. W refektarzu słychać jedynie głos zakonnicy, która czyta lekturę duchową albo... „Gościa Niedzielnego”. W codzienny rytm wpisane są wieczorne rekreacje. – Możemy pogadać, nawet poplotkować. Całodzienne milczenie powoduje różne napięcia, które ten wspólny wieczór pomaga rozładować. Dużo się śmiejemy – opowiada siostra Judyta. Dwa razy w tygodniu siostry omawiają sprawy organizacyjne dotyczące funkcjonowania domu i całej wspólnoty. Mają też spotkania o bardziej duchowym charakterze. Obecnie znalazły się na etapie przemian: powstały dwa dokumenty Stolicy Apostolskiej dla zakonów klauzurowych, zmieniają się konstytucje, rodzi się międzynarodowe stowarzyszenie wspólnot. Jest o czym dyskutować i o co się modlić. – Staramy się wciąż wracać do naszych źródeł, a zarazem pytać, czego dzisiaj oczekuje od nas Kościół, do czego zaprasza nas Pan Bóg. Nie chcemy być „chodzącymi muzeami”, jak mawia czasem papież Franciszek – podsumowuje siostra Judyta. Ludzie często widzą, że siostry są uśmiechnięte i szczęśliwe. – My po prostu oddajemy Bogu wszystkie słabości i napięcia, a On ofiarowuje nam w zamian radość – tłumaczy. Nawet kiedy jest zniechęcona sama sobą czy różnymi trudami we wspólnocie, to silniejsze jest przekonanie, że każda z sióstr chce dobra. – Życie nie jest sielankowe, ale nasz Bóg widzi biedy człowieka, jego słabość i wciąż pragnie mu przebaczać. Jak tu się nie cieszyć? – pyta retorycznie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL