Nowy numer 29/2019 Archiwum

Pojemne serce Nikifora

W pracowni, gdzie tworzyła swoje czarodziejskie obrazy, stoi jej stolik i pieczołowicie przechowywane są farby. Są jej zdjęcie i fartuszek w grochy, w którym chowała miętowe cukierki, by potem częstować nimi wszystkich. Ich garść wciąż tam jest.

Ukryty przez całe lata talent Marii Grucy rozkwitł w ostatnich latach jej życia. – Udowodniła, że warto marzyć i walczyć o spełnianie marzeń – wspomina w rocznicę śmierci artystki Stanisława Szczepaniak, jej wieloletnia przyjaciółka i kierowniczka Środowiskowego Domu Samopomocy w Skawinie, w którym żyła i tworzyła Marysia.

Grzegorz Dudek, podopieczny ŚDS, wciąż tęskni za Marysią. – Była dla mnie jak mama albo babcia. Przychodziłem do niej, gdy potrzebowałem pomocy. Brakuje mi jej – wyznaje.

Najwięcej o Marii Grucy mówią jednak jej prace, które wiszą na ścianach niewielkiego domu przy parafii Świętych Apostołów Szymona i Judy Tadeusza. Portrety aniołów, kwiaty, krajobrazy wypełniają ciasną przestrzeń kolorami i radością.

Talent ukryty

Jako kilkuletnia dziewczynka wraz z Krysią, siostrą bliźniaczką, trafiła do Domu Dziecka w Dobrej k. Limanowej. To był dobry czas i dobre miejsce na ziemi – z ulubionymi kotletami i wielkimi blachami ciasta. A przede wszystkim z dyrektorką, która szybko się zorientowała, że bliźniaczki są obdarzone talentem artystycznym. W tym kierunku były kształcone, stworzono im warunki do rysowania i malowania. Gdy ukończyły 18 lat i musiały odejść z domu w Dobrej, zostały wyposażone w teczki z portfolio. Marzyły o szkole plastycznej w Krakowie.

Marzenia zostały brutalnie podeptane przez ojca dziewcząt. Gdy pokazały mu swoje prace, podarł je na ich oczach i wyrzucił przez okno rodzinnego domu w Skawinie. Musiały iść do pracy. Marysia trafiła na kolej, gdzie nosiła ciężkie worki z mąką, niszcząc sobie kręgosłup. Potem pracowała jako salowa w szpitalu dla psychicznie chorych w Kobierzynie. – Często tam opiekowała się osobami, którymi nikt nie chciał się zająć – opowiada S. Szczepaniak.

Cały czas jednak marzyła o malowaniu. Ten i ów w Skawinie ma jej rysunki robione w tamtym czasie ołówkiem czy kredką. Umarli jej rodzice, umarła ukochana siostra. Marysia została sama. Przeszła załamanie psychiczne.

Dom dla Marysi

Maria Gruca to osoba świetnie znana w Skawinie. Siadywała na rynku, często zaczepiała przechodniów. Prosiła ich nie o pieniądze, ale o czas i uwagę. Tak spotkała Zbigniewa Morawskiego, miejscowego przedsiębiorcę. Lubił przysiadać się do Marysi, dużo rozmawiali. Zakiełkowała w nim myśl, że takich osób jak ona jest w Skawinie więcej i przydałoby się dla nich miejsce, dom, w którym mogliby się spotykać, zjeść coś ciepłego, pobyć ze sobą. Widział biedę człowieka, który jest przede wszystkim samotny. Gdy powiat zaproponował parafii stworzenie ośrodka dla osób z niepełnosprawnością intelektualną, nie wahał się ani przez moment. – W sercu pana Zbyszka Marysia była fundamentem tego domu. I my tak o niej myślimy – mówi dziś kierowniczka ośrodka.

W tym domu „skawiński Nikifor” spędził ostatnich 10 lat życia. – Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Marysią. Zapytałam ją jak wszystkich: „Co pani lubi robić?”. Poprosiła, bym mówiła jej po imieniu, i odpowiedziała, że lubi malować. Nie mieliśmy farb. Dałam jej kredki i kartkę. Usiadła i zupełnie od niechcenia w ciągu 3 minut namalowała przepiękny obrazek – dwa łabędzie na jeziorze – wspomina S. Szczepaniak. Do dziś pamięta dokładnie uczucie, jakie ją wówczas ogarnęło. Zaparło jej dech w piersiach, bo zobaczyła arcydzieło. Obiecała sobie wówczas, że zrobi wszystko, by Marysia mogła malować tak, jak zawsze marzyła – farbami olejnymi. – Cudownie było zrealizować jej marzenie – mówi.

Dostała więc swój własny stolik, farby i wszystko, co potrzebne do malowania. Tak zaczęła tworzyć świat, który przez tyle lat drzemał zamknięty w jej środku. Zdumiewający świat, pełen barw, życia, radości, postaci dzieci, zwierząt, krajobrazów, śpiewających aniołów. – Gdzie się w niej to mieściło, skąd to się w niej brało? – zastanawia się jej przyjaciółka. – Jej serce było niezwykle pojemne...

W ŚDS czuła się szczęśliwa. Nie potrafiła malować w swoim domu. Nazywała go trumną, ale nie dlatego, że był brzydki. Czuła się w nim samotna. Do malowania potrzebowała zaś ludzi, ich rozmów, śmiechu, codziennej krzątaniny. W ciągu 10 lat powstało prawie tysiąc prac. Część sprzedano, pozostałe przechowywane są z myślą o organizowanych wystawach.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL