Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Lek. Lidia Stopyra: Błędy w systemie nie uprawniają nas do negowania istnienia wirusa

- Cieszmy się, że możemy walczyć o każde życie. I każde życie szanujmy - apeluje ordynator Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii Szpitala im. Żeromskiego w Krakowie.

Pod koniec sierpnia krakowski Szpital Uniwersytecki sygnalizował, że może tam zabraknąć miejsc dla pacjentów covidowych. Sytuacja uspokoiła się, jednak od września został przygotowany kolejny oddział covidowy, w Szpitalu im. Żeromskiego. Co się stało, że jest on potrzebny?

W ostatnich tygodniach, po poluzowaniu obostrzeń, w województwie małopolskim doszło do znacznego wzrostu zachorowań. Byliśmy długo na podium, jeśli chodzi o ilość zachorowań w Polsce (dziś, 16 września, znów jesteśmy na pierwszym miejscu z liczbą 111 zakażeń). W Krakowie i powiecie krakowskim znaczna większość (ok. 60 proc.) to tzw. "inne przypadki zachorowań", czyli zakażenia nie z ognisk, nie osób z kwarantanny, tylko takie, które nie wiadomo gdzie nastąpiły (w autobusach, sklepach, pubach). To sytuacja trudna, jeśli chodzi o możliwość przewidzenia jej dalszego przebiegu. Szpital Uniwersytecki szybko się zapełnił i sygnalizował, że niedługo może nie mieć miejsc, dlatego wobec spodziewanej jesienią fali zachorowań podjęto decyzję o postawieniu w gotowości kolejnego oddziału dla dorosłych.

Właśnie obaliła Pani mit, że wirus jest "bardzo pobożny i zakaża tylko w kościele, a nie słychać o zakażeniach w sklepach czy MPK". A jednak tak się dzieje.

Dane z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej jasno wskazują, że większość zakażeń nie pochodzi ze znanych ognisk, jak to było np. w przypadku śląskich kopalń. W Krakowie (i okolicach) mamy mnóstwo takich zachorowań, że pacjent nie jest w stanie powiedzieć, gdzie i jak mógł się zarazić. Widzę to w praktyce, gdy odbieram telefony z różnych SOR-ów, na których okazało się, że dziecko przyjęte z innymi schorzeniami ma dodatni wynik na obecność SARS-CoV-2. Codziennie są takie osoby. Wcześniej, nieświadome niczego, spotykały się z przyjaciółmi, podróżowały.

Mimo to mieszkańcy Małopolski wciąż uważają, że to wszystko przesada, że dawniej z powodu grypy nikt nikogo nie zamykał na kwarantannie, nie robił wymazów...

Jestem zwolennikiem rozsądnych zachowań i kompromisów, bo skrajności nie są dobre. Niestety, do niedawna przepisy były takie, że niektóre osoby były na przymusowej kwarantannie nawet dwa miesiące i więcej! Z pełnymi konsekwencjami - uwięzienia w domu, bez pracy, w nawale często innych obowiązków. Wymagane były wielokrotne wymazy, a karetki covidowe jeździły z odległych miejsc w Małopolsce, żeby nam przywozić zdrowe dzieci na wymazy. My zaś czekaliśmy po 16 godzin na karetkę, żeby odebrała dziecko z oddziału i zawiozła do domu. Mam nadzieję, że zmiany ogłoszone niedawno przez ministra zdrowia (dotyczące zasad kwarantanny i izolacji), rozwiążą mnóstwo problemów.

Ale, uwaga - jestem przeciwna zbiorowemu narzekaniu i mówieniu: "puśćmy wszystko na żywioł, nie nośmy masek, umierają głównie starzy ludzie, z obciążeniami, a oni i tak umierają". To dla mnie niezrozumiała postawa. Uważam, że każde życie jest ważne, tego starszego, schorowanego człowieka też. Dlatego jego również musimy ratować, a nade wszystko chronić (a nie skazywać na cierpienie czy śmierć!). W związku z tym uważam, że zachowywanie prostych zasad jest konieczne. Maseczka jest drobną uciążliwością. Jestem w stanie ją znieść, by zmniejszyć ryzyko dla innych.

Zbigniew Martyka, lekarz-zakaźnik z Dąbrowy Tarnowskiej, napisał niedawno w mediach społecznościowych, że jego ojciec umarł z powodu wirusowego zakażenia (innego niż COVID-19) i nikt nie robił z tego problemu. Pisał też o niewielkiej śmiertelności z powodu koronawirusa i zachęcał do tego, by zakończyć "pandemię strachu".

Nie chcę, by ten wywiad był polemiką z dr. Martyką. W tym, co napisał, ma ok. 10 proc. racji. Faktem jest, że zalecenie, które wprowadzono wiosną, by w masce jeździć na rowerze, było pozbawione sensu. Raz jeszcze powtórzę: mamy minimalizować ryzyko. Nie wolno natomiast mówić, że skoro ktoś starszy zmarł, to również śmierć innych nie będzie problemem. Mamy do czynienia z chorobą, która u starszych, obciążonych ludzi, wiąże się z dość dużą śmiertelnością i to, co mówi dr Martyka, nie jest prawdą. Nie wiem, skąd wziął dane, które opublikował, że śmiertelność z powodu COVID-19 wynosi w Polsce 0,005 proc. W naszym kraju mamy potwierdzonych 75734 zakażeń, a zmarło 2237 osób. To oznacza, że śmiertelność wynosi 2,9 proc., natomiast we Włoszech, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii wynosi ona od 12 do 16 proc, czyli jest bardzo wysoka, jak na kraje wysokorozwinięte, z dobrą opieką zdrowotną.

Trzeba też dopowiedzieć, że na początku testowało się u nas tylko osoby, które miały bardzo nasilone objawy. Nie widzieliśmy więc w statystykach osób bezobjawowych i skąpoobjawowych, dlatego wskaźniki śmiertelności mieliśmy nieco zafałszowane. Tak czy inaczej, mamy szczęście być krajem, w którym przebieg zakażenia jest łagodny.  

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama